2003/02/13-16 śnieżnik i okolice

albo GO HOME

© pecherz.net (Piotr Pęcherz) All rights reserved.

Achtung! Większość zdjęć na tej stronie jest moją własnością.
Jeżeli chciałbyś je wykorzystać do niecnych celów - daj mi znać.

13.02. Jedziemy do Międzylesia pociągiem osobowym...

Więc jedziemy w góry. Oderwać się na chwilę o hałaśliwego Wrocka, połazić,
pomęczyć się w zaspach, w końcu przemarznąć na kość :)
Z trzech typów (Tatry, Beskidy, Masyw Śnieżnika) decydujemy się na ostatni.
Tatry za daleko i zbyt niebezpiecznie ostatnio. Beskidy za daleko i tak jakoś
nie po drodze. Czyli jedziemy na Śnieżnik.
Wyjazd o 14. Trochę późno, ale tak wyszło. Poza tym dziś mamy dotrzeć do schroniska tylko (jakieś 10km od Międzylesia).
Pociąg do Międzylesia. 130 km. Jak wysiadamy to już jest noc praktycznie. (Międzylesie ma nieźle odstawiony dworzec PKP, pewnie dlatego, że to stacja przygraniczna - poza tym miasto, wygląda jak totalna górska dziura...)
Oczywiście okazuje się na miejscu, że autobus do Jodłowa nie funguje, bo są ferie. Cóż, nie pozostaje nic innego jak uderzyć "z buta".
Więc tak sobie idziemy i idziemy. Próbujemy autostopować, ale ruch jest zerowy i jeżdżą tylko tubylcy w tuningowanych maluchach. Robi się mroźno (wyż skandynawski hehe), najpierw jest -10, po 30 minutach -15, a po godzinie -20 (wg moich subiektywnych odczuć).
Koniec końców nie zamarzamy. Do Jodłowa podrzuca nas jakieś małżeństwo z Łodzi. Dzięki nim mamy zdrowe kończyny i wszystkie palce w naturalnym kolorze heheh, bo do Jodłowa był spory kawał.
Wysiadamy w tzw. szczerym polu, czyli centrum Jodłowa i jeszcze tylko z 3 km i dochodzimy do "Ostoji". Tutaj pierwszy nocleg. Pensjonat jest wypas. (bo to bardziej pensjonat niż schronisko). 18 zeta za spanie w pokoju dwuosobowym. Wrzątek pod prysznicem i elegancka kuchnia. Towarzystwo w 100% wrocławskie, ale jakieś starocie same :(...
Pierwsze co się narzuca to CISZA. Cisza taka, że w uszach dzwoni. Po prostu zero zero jakichkolwiek dźwięków...
Z dala od informacyjnego szumu - czuję się nieswojo hiehie... (coprawda na parterze jest telewizor i kablówka)
Jeszcze tylko kawa i zalegnięcie (a propos kawy - pedros pakowany w torebki jednorazowe jest do d..., żeby zrobić konkretną kawę, trzeba by wsypać chyba ze cztery torebki. Lipa.).

14.02. Ale jak mamy pogonić te psy ???

Pobudka dosyć wczesna około 7.30 (Maras jak zwykle pierwszy wstał). Szybkie jedzenie (wczorajsze kanapki) plus szybka kawa. Pakowanie, płacenie i wypad. Zawijamy się coś koło 9-tej. Przed domkiem dokazują dwa bernardyny z jeszcze jednym sporych rozmiarów psiakiem. Psiury są bardzo przyjaźnie nastawione do turystów, ponieważ ruszają razem z nami w kierunku Śnieżnika. Oddalamy się coraz dalej od Jodłowa, a psy ciągle idą z nami (generalnie niewiele sobie robią z naszej obecności). Po 2-3 kilometrach dzwonię do właścicieli i dowiaduje się, że mamy pogonić psiury do domu...heh, psy są duże, więc żadne siłowe rozwiązania nie wchodzą w gre. W końcu wydzierając się na nie udaje nam się zawrócić dwa. Trzeci tylko udaje, że również wraca do domu. Zostaje za nami kilkaset metrów i tak sobie powoli nas "śledzi". Oczywiście jesteśmy świadomi jego obecności, ale przecież nie będziemy się specjalnie dla niego wracać pare kilometrów. Chrzanić to, niech sobie go sami ściągają spod Śnieżnika...
Idziemy, idziemy, pogoda fantastycznie dopisuje, tylko śniegu pod butami coraz więcej. Na szczęście szlak jest lekko wydeptany (ktoś tędy szedł przed nami) więc jest spoko. Przechodzimy pod Małym Śnieżnikiem, gdzie okolica wygląda jak zalana lodem (drzewa całkowicie skute zmarzniętym śniegiem). W tym czasie dystans między nami a trzecim psiurem stopniowo się zmniejsza by w końcu zniknął zupełnie. Odtąd psiur wędruje z nami.
Dochodząc do schroniska pod Śnieżnikiem nieprzyjemna niespodzianka - szlak nagle się urywa...problem nie w tym gdzie jesteśmy (dosłownie kilkaset metrów od schroniska - widać je już dokładnie), ale w tym, że te kilkaset metrów trzeba brnąć w sporych zaspach. Gdyby cała droga nie była wydeptana, nie dalibyśmy rady (głównie czasowo). Poza tym bez ochraniaczy na butach, śnieg szybko dostaje się do wewnątrz obuwia i wtedy robi się naprawdę nieprzyjemnie.
Ok, jesteśmy w schronisku. Psiura tu wszyscy znają ("o, bernardyn z Jodłowa"), widocznie nie jest to jego pierwsza taka wycieczka.
Przez dłuższą chwilę ogrzewamy się w schronisku, planujemy co dalej (jest coś koło 14-tej). Postanawiamy nocować pod Śnieżnikiem (mają browar!), ale najpierw ładujemy się na szczyt. Krótkie, strome podejście, zimą trochę ciężko, bo wyślizgane przez nieletnich...
A na górze widoczki mega wypas, w oddali widoczne Karkonosze ! Trochę się zaskoczyłem, bo szczyt jest dosyć płaski, a ja spodziewałem się czegoś "w stylu Śnieżki".
Pstrykamy kilka fotek, kręcimy się tu i tam. Jest ekstra, ale po chwili zrywa się silny wiatr i robi się chłodno. Shodzimy, a ponieważ mamy jeszcze sporo czasu, to wbijamy się na pobliski szczyt (chyba Średniak, ale nie jestem pewien). Leży również niedaleko schroniska pod Śnieżnikiem. Niestety słońce zachodzi i robi się odczuwalnie zimno. Wracamy.
W schronisku ciągle siedzi nasz bernardyn (chociaż mieli go zabrać turyści udający się w kierunku Jodłowa, to pies wrócił...).
Pakujemy się do 10-go osobowego pokoju, który jest praktycznie prawie pusty - coż, turystyka piesza widocznie popularną nie jest heheh... - i idziemy pić browary :). Po jakimś czasie przyłącza się do nas trzeci trzeci współlokator, a potulny bernardyn zostaje podeptany przez rozwydrzone dzieciaki, które prawie przepłacają to zawałem.
Wychodzi też na jaw, że pod Śnieżnikiem mają płatne prysznice, dlatego też postanawiam przełożyć kąpiel na dzień następny ;).

15.02. Ciągle pada...

Pobudka wczesna (Maras pierwszy jak zwykle, chyba dlatego żeby kwadrans składać swój śpiwór hiehie). Ponieważ kawa to podstawa, to kawa plus czekolada plus rodzynki plus słabe kanapki.
Bernardyn znalazł się tymczasem w psim raju, czyli w schroniskowej kuchni :).
Wyruszamy coś koło dziewiątej. Pogoda paskudna, pada coś jakby zmrożony deszcz (nie śnieg na pewno) i mgła ogranicza widoczność do 100-200 m. Ruszamy szlakiem niebieskim i mamy się go trzymać cały dzień. A plan jest taki żeby dotrzeć do Starego Gierałtowa (ciekawa nazwa). Wg naszych szacunków 15-20 km. Luzik, hehe.
Zaczyna się słabo, bo po godzinie marszu szlak znika, tzn. zniknął dużo wcześniej, ale się nie skumaliśmy i poszliśmy inną drogą na rozwidleniu.
Oszfak, trzeba się wracać, na szczęście nie do schroniska. Odnajdujemy niebieski i ciśniemy cały czas niebieskim. Tak mija kilka godzin ciśnięcia...
W końcu docieramy do jakiejś osady, taka wiocha na maksa. Tu schodzimy z niebieskiego, bo, jak obliczamy, w tym śniegu (a widać, że dalsza droga byłaby cięższa) nie zdążymy dojść do wieczora. Więc idziemy szosą, trochę więcej km, ale jak się ściemni, to nie trzeba będzie przed hordami wilków uciekać...do tego dochodzi wciąż paskudna pogoda.
Poza tym jesteśmy spragnieni złota i kobiet, więc nacieramy w kierunku zabudowań :)
Tak sobie ciśniemy szosą, mijamy kolejne wioski (Bolesławów jakiś) i docieramy do Stronii Śląskich. Nie wiem czy poprawnie odmieniłem.
Tam nie wierzymy tubylcom (tubylcy zawsze coś pokręcą) co do odległości orientacyjnej do Starego Gierałtowa. Chodzi o to, że wiocha jest strasznie rozciągnięta i do tablicy jest 3 km, ale do schroniska mamy dużo więcej...jak się później okaże.
Mija kolejna czekolada i zawijamy się do schroniska. Idziemy, idziemy, idziemy, w końcu zaczął się Gierałtów. Nasze schronisko ma numer budynku 49, a tutaj stoimy przy numerze 1, a następny za 200 metrów ! Szajse...
Wychodzi na to, że schronisko "Bialska Jarmilka" znaduje się rzut beretem od tablicy z napisem "Nowy Gierałtów". Nogi nam w d..ę wchodzą, robi się ciemno, droga się dłuży coraz bardziej. Poraz kolejny wychodzi, że marsz po asfalcie (czytaj: po płaskiej nawierzchni) jest nieprzyjemnie męczący.
Ale co tam, w końcu docieramy do schroniska, a właściciele docierają do niego w tym samym czasie co my ! Wogóle "Bialska Jarmilka" to bardzo interesujące miejsce:) awangarda wśród schronisk. Ściany w kolorach tęczy (zewnętrzna elewacja również), w pokojach chińskie malowidełka, kij e bambusowe, różowa sala kominkowa z fioletowym kominkiem itp. etc. flałer pałer heheh. Tylko jeden OGROMNY mankament. Jest kurewsko zimno. Ponieważ właściciele wrócili w momencie naszego przybycia, to nikt po prostu w piecu nie napalił. Ziąb okrutny ! Prysznic (darmowy) w takich warunkach to prawdziwy hartkor...ale co tam;)
Najgorsze, że plany wysuszenia części odzieży nie powiodły się zupełnie. Nad ranem było jeszcze zimniej, bo coś słabo napalili i w nocy zgasło całkowicie...cóż, sprawdziły się śpiwory :)

16.02. Wszyscy jadą do Wrocławia pociągiem osobowym...

Pobudka. Wczesna, bo zimno. Kawa, gorąca i mocna. Bo zimno :)
Spadówa. Kierunek Lądek Zdrój. Żadnych specjalnych atrakcji turystycznych po drodze nie przewidujemy. Potem zdecydujemy, czy
idziemy dalej, czy wracamy. Generalnie wędrówka jest mało interesująca, górki coraz mniejsze, poza tym cały czas idziemy lasem. Tylko w okolicach Lądka mijamy ruiny zamku pewnej królewny. Wygląda niesamowicie w tej zimowej aurze. Potem to już tylko zejście do Lądka. Na miejscu stwierdzamy, że dalej nie idziemy, bo po okolicy nie ma się co kręcić już, a na wypad w okolice Kłodzka nie ma czasu. Poza tym pogoda kaprawa.
Tak więc jeszcze tylko dotarcie do PKP Lądek Zdrój i w pociąg i do domu.
Zabawanie wygląda przyjazd pociągu do Lądka. Na dworcu czai się "szajka" prywatnych przewoźników ustalając kto co i jak już na pół godziny przed przyjazdem pociągu. Gdy pociąg się pojawia i wysiadają kuracjusze (w większości) robi się naprawdę ciekawie. Ci kierowcy biegają wokół nich jak wokół złotych kur, heheh...

The end.