27/04 - 04/05 2002 autostopem nad atlantyk, kasia + ja

albo GO HOME

© pecherz.net (Piotr Pęcherz) All rights reserved.

Achtung! Większość zdjęć na tej stronie jest moją własnością.
Jeżeli chciałbyś je wykorzystać do niecnych celów - daj mi znać.

I.
10 rano, wyjeżdżamy z Wrocka. Bez dokładnie wyznaczonego celu - dotrzeć nad Atlantyk (najlepiej francuski) i zdążyc wrócić zanim znów zacznie się fakin' school. Nie wiemy dokładnie, którą trasą pojedziemy - po prostu pojedziemy pierwszą lepszą :-)....Więc na Bielanach stoimy z pół godziny wcześniej biegając po tesco i robiąc ostatnie zakupy oraz szukając dobrego kawałka kartonu na tabliczkę. Startujemy ostro, bo zabieramy się jakieś 700 kilometrów wgłąb Niemiec i lądujemy po siedmiu godzinach gdzieś pod Hannoverem. Szybki posiłek i zaraz załapujemy sie na pierwszego trucka. Koleś (Polak) podwozi nas do exgranicy holenderskiej. Tutaj błyskawicznie rozwalamy się z namiotem, bo akurat nie pada (jak tylko wyjechalismy z Wrocka pogoda jest fatalna, jakies 15 kresek i deszczowo bardzo). Więc śpimy sobie na parkingu, za płotem już Holandia (ale krów nie widać - nawet nie słychać). W sumie to nie wiemy nawet dokładnie gdzie śpimy, bo jest ciemno. Rano się okaże, czy rozbiliśmy namiot na jakimś kiblu...

II.
Rano okazuje się, że nie śpimy w kiblu, więc jest ok. Fastfood, szybka toaleta, szybkie zawinięcie namiotu (znów korzystamy z chwilowego braku opadu) i jazda. Postanawiamy podróżować truckami, bo tak jest na swój sposób ciekawiej. Chociaż wolniej. Obchodzimy wszystkie auta na parkingu, niestety z marnym skutkiem. Stajemy więc na wylocie i po paru minutach jedziemy kolejną polską ciężarówą. Gość okazuje się bardzo miły, ponadto przejeżdżamy przez całą Holandię i lądujemy w pięknym belgijskim mieście Gent. Z kierowcą umawiamy się tak, że jutro nas z miasta wywozi na austostradę i ruszamy szukać jakiegoś miejsca na spanie. Z mapy na przystanku i krótkiej rozmowy z tubylcem wynika, że jest jakiś camping na drugim końcu miasta. Co tam. Ba. Idziemy. Pogoda dopisuje, miasto zapowiada się niezwykle ciekawie (wogóle cała Belgia wygląda jak kraj domków z piernika). Więc tak sobie powoli zmierzamy w kierunku pola namiotowego, często zbaczając z trasy żeby zajrzec tu i tam. W końcu dochodzimy na miejsce, a tam zero campingu. Jest jakiś kanał (gdzie w Belgii nie ma kanału???), jakas przystań, rybki się smażą, ale to centrum miasta, dookoła bloki, rozbijać się w tym miejscu trochę niepewnie (nie znamy obyczajów belgijskich blokersów). Pytamy się jakiejś panienki o ten podejrzany camping, bo tu go nie ma, na co ona proponuje nam nocleg u siebie. Wizja gorącego prysznica i innych wygód przekonuje nas dostatecznie. Bierzemy sporządzoną na kolanie mapkę i powoli udajemy się w wyznaczonym kierunku, panienka natomiast postanawia jeszcze pobiegać i dogonić nas później. Dogania nas po 15 minutach i razem docieramy na Jeppenstraat 43, gdzie pomieszkuje sobie grupa osób profesji wszelakiej, a że akurat dwójka gdzieś tam wyjechała, to wykorzystujemy ich pokój. Cały wieczór (wytrzymujemy tylko pare godzin) spędzamy w olbrzymiej kuchni, alc, fajki i pitupitu z Belgami. Pada propozycja zostania na dłużej. W innych okolicznościach bardzo chętnie, ale nam się spieszy...

III.
Rankiem następnego dnia dobijamy do naszego kierowcy i jedziemy dalej. Po drodze zaliczamy przeładunek w jakiejś niesamowicie malowniczej wiosce. W końcu wysiadamy 40 kilometrów przed granicą francuską. Do granicy podrzuca nas koleś pracujący w Holandii budując jakies mosty i tak sobie zasuwa dzień w dzień z Francji. Na granicy kolejny wielki truckowy postój, więc i kolejny obchód w poszukiwaniu wyrozumiałego kierowcy hehe. Zabieramy się z Hiszpanem, który podrzuca nas kolejne 400 kilometrów (przejeżdzając przez zakorkowany Paryż, odniosłem wrażenie, że to miasto jest ogromne i paskudne). Pod sam wieczór trafiamy na polskiego kierowcę z Wrocławia. Całą drogę opowiada nam jak to zasuwał ciężarówą do HongKongu, Syrii i Egiptu z misjami naukowymi PAN i jak ryksze, tryksze i tysiące Chińczyków na rowerach blokowało im drogę, jak ludzie umierali na malarię albo od ugryzienia jakiegoś dziadostwa...niesamowity koleś. Ok, lądujemy na jakiejś stacji i raczej szykujemy się do spania nie do jechania. Jest po 21. Nocne stopowanie słabo się sprawdza. Poza tym ciągle jest cholernie zimno. Kręcimy się po stacji i rozglądamy gdzie by tu sie usadowić. Zaczepia nas młody Holender i oferuje podwiezienie następnego dnia prawie nad sam ocean. Nam pasuje. Szkopuł w tym, że on rusza o 6 rano, a my nie mamy budzika, więc albo śpimy czujnie, albo nie śpimy, albo śpimy i jakoś budzimy się o 5...(nie wpadło nam do makówek żeby zamówić u niego budzenie...)

IV.
Musimy spać czujnie (czytaj: prawie wcale). Pobudka około piątej. Zwijamy manele w totalnym mroku (jest tak zimno, że zęby szczekają i giną szpilki od namiotu). Jest dość późno i łapiemy lekką paranoję, że koleś odjechał...nic z tego. Spotykamy go i on parzy nam najlepszą kawę na świecie. Momentalnie nas ustawia i to mocno. Więc ładujemy się do kabiny, a tam wypasik! drewienko, CD, ciśnieniowy ekspres...dom na kółkach. Do tego wypuszcza jakąś zajebistą muzę (wogóle ma auto wypchane płytami U2, Pearl Jam i innych dobroci) i zasuwamy sobie nowiutkim FH12 prosto do Nantes. Co jakiś czas parzy się nowa kawka, kierowca rozumie angielską mowę, więc jest baaaardzo sympaticznie&zajebiście. Dobijamy do Nantes. Mają tam potężny most. Naprawdę jest ogromny i ciekawej konstrukcji... Lądujemy na kolejnym magazynie, więc śniadanko, czekamy z godzinkę i ruszamy w kierunku oceanu. Zjeżdżamy z austostrady i jedziemy "nacjonalnymi" w kierunku Brestu. Godzinka. Wysiadamy jakieś 50 kilometrów za Nantes, w mieście M, jakieś 5km od wody. Po 20 minutach stoimy na plaży...!!! YESSS... Odpływ, wichura taka, chyba sztorm, jest fantastycznie. Biegamy po skałkach, robimy większe żarcie, dużo zdjęć. Mijają 3 godzinki. Czas sie zawijać. Ruszamy do domu... Niestety wyjechanie z takiej francuskiej pipidówy nie jest takie proste. W desperacji stajemy na drodze szybkiego ruchu i po jakimś czasie dojeżdżamy do Nantes. Kierowca, który nas tu przywozi to typowy żabojad (czyli nawija tylko po francusku) i wysadza nas w totalnie fatalnym miejscu. Więc stoimy na wyjeździe z Nantes, ale po dwóch godzinach dochodzimy do wniosku, że to "nie ten" wyjazd (chociaż przeczą temu drogowskazy). No to zasuwamy przez pół miasta na inny zjazd, pogoda jest do dupy, zimno i pada ("jak w tym miejscu w środku Europy"). Nikt nas nie chce zabrać z tego Nantes.... Niezły pasztet. Robi się ciemno. Zatrzymuje sie koleś i tłumaczy nam, że stoimy w złym miejscu i że stąd nikt nas na Paryż nie wywiezie, że wogóle to powinnismy jechać drogami krajowymi, a nie autostradami. Zabiera nas na jakiś wypasiony camping. Jest prysznic, ceny spoko, więc nocujemy w Nantes.

V.
Znów marsz przez całe miasto, chyba z 10km. Stajemy na wylocie (chwilowo rezygnujemy z autostrad - chcemy sprawdzić drogi krajowe). Stoimy, stoimy, autka przejeżdżają, jest 1-szy maja, wszyscy zadowoleni, a my tak sobie stoimy i stoimy. Po jakichś trzech godzinach zabieramy się z nauczycielką francuskiego. Pali czerwone marlboro. Podrzuca nas jakieś 100 kilometrów i wysadza tak fatalnie, że czeka nas marsz przez kolejne miasto. Wniosek - jazda drogami krajowymi jest beznadziejnie wolna, jeżeli jedziesz w dłuższą trasę... Pod wieczór, po przejściu całego miasta, dostajemy się na jakąś stację, na której nic się nie dzieje (cholernie mały ruch). Powoli się ściemnia, a my stoimy, bo mamy mało czasu na powrót, a dziś przejechaliśmy tylko 100 kilometrów. Zabieramy się do Le Mans z jakimś studentem. Tam od razu wpadamy na niemieckie trucki, z którymi dojeżdżamy pod Paryż. Kolesie wysadzają nas w środku nocy w totalnej ulewie, wszystko jest mokre, więc olewka - rozbijamy się na środku stacji. W namiocie odpalam palnik i jest ok...

VI.
Godzina 10, pod Paryżem 12 stopni i churaganowe wiatry. Ziąb jak jasna cholera. Trochę nam schodzi na tej stacji, dopiero gdzieś w południe zabieramy się marokańskim autokarem pełnym pasażerów pędzącym prosto do Amsterdamu. (wracając, większość osób, które spotykamy, jadą do Amsterdamu...hm). Więc zabieramy się autobusem, a to okazuje sie jest taki zwykły, kursowy, który wjeżdzą do Paryża, bo tam mam przystanek. Na "dworcu" (takie dworca jeszcze nie widziałem - rozmiar kiosku RUCHU + odpadający neon) robi sie niezły chaos na okoliczność wyciągania bagaży. Wygląda to tak, jakby każdy sięgał po przypadkową walizkę lub skrzynię, nieważne czyją. Cóż, dojeżdżamy w końcu okolice Lille, ciągle pytani przez pasażerów z jakiej jesteśmy gazety...hiehie... Tam załapujemy sie na szalonego Francuza (który ma żonę z Polski) i jedziemy największym truckiem na świecie - coś tam coś tam MegaSpace. Naprawdę potężnyi. Koleś ciągle się wydziera, śpiewa i trąbi, w kabinie pełno redbuli i kubków po kawie. Jednym słowem niezły frik się trafił :-)))...prawie jak Kovalski z "Vanishing Point"... Wyskakujemy pod granicą holenderską i tu po raz ostatni śpimy w trasie.

VII.
Rano zabieramy się z jakimiś malarzami i jedziemy vanem pełnym dzieł sztuki, musimy strasznie uważać, bo to chyba dość cenne rzeczy (tak wnioskuję po uwagach właścicieli). Dojeżdżamy z nimi do granicy niemieckiej i po krótkim postoju + dwóch paczkach herbatników, wsiadamy do nowiutkiego BMW330 i w siedem godzin, na max spidzie ciśniemy do Goerlitz. Koncert Metallici z Mexico City i średnia prędkość 120km/h. Gość pędzi na złamanie karku w okolice Leipzig, gdzie robimy sobie krótką przerwę i skąd zabieramy jego dziewoję. Teraz w czwórkę prujemy prosto na granicę. Szkoda tylko, że koleś nie miał paszportu, bo by nas normalnie odstawił do Wrocławia hehe...

W Goerlitz jesteśmy jakoś w środku nocy i czekamy godzinkę na pociąg do Wrocławia...a dworzec w Zgorzelcu to powinni zrównać z ziemią - taki jest piękny...

Prawie 4000 km w siedem dni za prawie zero wydanej kasy (poszło z 20 euro z tego 10 na fajeczki, które ratowały morale w niejednej kiepskiej sytuacji). Fajowa jazda, szkoda tylko, że fotoaparat zawiódł i większość fotek szlag trafił. To tyle.

Wielkie pozdro dla Kasi, mojej towarzyszki podróży, która w wielu momentach okazywała wielką wytrwałość i nie wymiękła i była twardsza ode mnie :-)...