Archiwum XXX : Październik 2011

Genialny pomysł!

komentarzy 5
Kategoria: "It's just a ride"

Uwaga! Planuję wyemitować obligacje na 1mln. Albo 5mln. Jeszcze nie wiem dokładnie.

Kolega Maras na pewno oceni moją wiarygodność wysoko i wystawi mi rating AAAAA do piątej potęgi (czytaj: rewelacyjny).
Wtedy kolega sąsiad M, kupi ode mnie te obligacje, bo przecież są atrakcyjnie oprocentowane i grzech nie kupić.

Za rok okaże się, że mój cały budżet zeżarły podatki i koszty paliwa do porsche i ogłoszę bankructwo.
Kolega Maras powie, że jego rating to była tylko jego osobista ocena, a nie obiektywna analiza.
Kolega sąsiad M napisze skargę do UE, żeby mu oddawali z odsetkami, bo inaczej się obrazi.

UE odda, bo oni mają nieskończoną ilość pieniędzy (czytaj: drukarnie).
Potem się uczciwie podzielimy tym, co dostałem za obligacje od sąsiada M.

Proste, genialne!
Czuję, że za rok zadzwonią ze Sztokholmu… a potem z Oslo…;]

Relacja z Przejścia – odcinek siedemset czterdziesty DRUGI

komentarze 4
Kategoria: "It's just a ride"

… w którym okazuje się, że Krejg jest bratem, ojcem i mężem swojej matki…

Jak dotąd szedłem solo i czułem, że solo mogę nie dać rady, że może np. dojdę do Perły i spasuję,
bo przecież 100km to i tak sporo i po co iść dalej i się tak męczyć… zwłaszcza, że z Perły mam 5km asfaltem do domu.
A pewnie i tak taksówkę można sobie zamówić.

W grupie szło się dobrze, było z kim pogadać, kilometraż leciał znacznie szybciej.
Dodatkowo R. był już dwa razy na przejściu, dwa razy ukończył, miał sporo doświadczenia.
Poza tym genialnie motywował do „nie spania”.

W Janowicach pod sklepem zrobiliśmy krótki piknik – ja zainwestowałem w wyroby cukiernicze i banany pastewne,
inni w podejrzane mieszanki w stylu kefir + ryby w puszce. Kupiłem też jedno piwo, aby mieć „na deser” na Różance
i przyjemnie po nim godzinkę pospać oraz placek drożdżowy(!), który zjadłem chyba dopiero na Zakręcie Śmierci 😀

Żwawym tempem weszliśmy na Różankę, gdzie okazało się, że makaron jest bez skwary i mogę spokojnie pałaszować.
Spałaszowałem zatem 2 razy i zabrałem się za nasenny browar. Po trzech łykach piwo przestało smakować.
Sen nie nadchodził. Było gorąco, leżąc na łące gryzły robale i był dość spory ruch, przez co zamiast
spania, wyszło 45 minut leżenia. Lekko się zestresowałem, no bo ile można nie spać… bałem się, że w końcu
po prostu padnę i nie pójdę dalej.

Różanka to mniej więcej półmetek i jak dotąd nie miałem żadnych odcisków, odparzeń, obtarć. Nic z tych rzeczy.
Widziałem sporo osób smarujących stopy i naklejających plastry już na Okraju, więc byłem pozytywnie zaskoczony
dobranym obuwiem i stanem stóp.

Zmieniłem spodzień na krótki (takie biegowe z „wewnętrznymi majtkami”) i ruszyliśmy w kierunku Komarna.
Jak wiadomo, trasa do Szybowcowej przez Okole jest nudna2, więc nie będę o niej pisał.
Wspomnę tylko miły akcent mieszkańca Komarna, który uruchomił wodopój i można było zatankować do pełna, uważając by nie połknąć muchy. Potem Kapella, krótka pogawędka z jednym z rezygnujących, wyżebrany 1l wody od tubylca i wejście na Okole. Zejście z Okola, wolna wieś Chrośnica i podejście na Szybowcową – NUDA!.

Na Szybowcowej ok. 20-tej. Dłuższy popas. Zmiana ubioru na ciepły i ruskie pierogi+mały browar dla kurażu.
Potem jeszcze miarka cytrynówki (którą przez całą trasę niósł R.) i można atakować Komorzycę!
Od Szybowcowej szliśmy większą grupą, dołączyli się ci, co nie do końca czuli/wiedzieli, jak przejść Gapę i Komorzycę.

Po zejściu z Szybowcowej wszyscy się z powrotem rozebrali do krótkiego, bo noc była wręcz tropikalna jak na wrzesień.
Gapa przechodzi się sama, na Perle miało być wesele i impreza zamknięta, ale chyba pan młody prysnął
sprzed ołtarza, bo cicho jak makiem zasiał… Krótki postój na upojenie organizmu.
Dochodzimy na Lotos gdzie wykonuję pełen catering – kawa, izo, zapiekanka, kibel. Żyć nie umierać, sanfransisko!

Jak dotąd zero odcisków, kolana też nie bolą.
Bolą stopy. Ale kogo nie bolą stopy po 100km…

Dobry człowiek doradził, żebym założył drugą parę skarpet, to będzie bardziej miękko i nie obiję tak stóp.
Jak doradził, tak zrobiłem i coś tam się poprawiło. Albo nie…

Przeszliśmy sprawnie Godzisz, w Goduszynie na PK grupa się powiększyła i na Komorzycę wyrusza nas ok. 15 osób.
Z czego większość kompletnie nie wie gdzie jest i liczy na tych co wiedzą.
O dziwo wszystko przebiegło ładnie i składnie, dokładnie pamiętałem teren z rekonów, punkty orientacyjne w nocy były widoczne.
Raz tylko następiła delikatna konsternacja na polanie w lesie, ale szybko wróciliśmy do gry.

Przed Wojcieszycami grupa się rozdzieliła, część ambitnie zaatakowała dalej, ja zaproponowałem 30 minut relaksu w wiacie na łące.
Oczy mi się zamykały i czułem, że w ten sposób tempo (i tętno) spadnie mi do zera. Próbowałem spać, ale nic z tego nie wychodzi, bo wiało mocno, wiata nie ma osłon. Z kolejnego snu nici. Ale 30 minut leżenia dobrze zrobiło nogom, poczułem znaczną poprawę.

W Wojcieszycach jedna osoba zrezygnowała powodu urazu i wezwała „transport”. Krótkie pożegnanie i dalej w trasę.
Doszliśmy na Zimną, gdzie powitała nas znajoma wesoła kelnerka z Różanki. Kilka osób kimało na „peku” – my po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. Na podejściu do Bobrowych Skał zdechły w końcu baterie w latarce (wychodzi zatem, że trzymają ok 12 godzin na „maxie”)

Założyłem zapas i rzekłem „Niech stanie się światłość!”. I stała się światłość. Mnie więcej tak to było.

Zeszliśmy do Górzyńca i padliśmy jak psy na pętli autobusowej. Część spała we wiacie przystankowej, część na chodniku dookoła wiaty. Nikt nie wybrzydzał….W moim przypadku było to jedyne realne 30 minut spania na całej trasie. Odpadłem natychmiast na pół godziny. Obudziły mnie zmarznięte nogi, bo wcześniej zdjąłem buty i skarpety (to była naprawdę ciepła noc) żeby trochę stopy „pooddychały”. Mniej więcej w tym momencie R. (człowiek, który nigdy nie śpi…) rozpoczął wybudzanie i grupa powoli wróciła do prozy życia.

Tutaj właściwie zaczęło się podejście na Wysoki Kamień.

Najpierw doszliśmy na Zbójeckie Skały, nawet się na nich nie zatrzymując, tylko od razu atakując Zakręt Śmierci.
Na zakręcie kilkuminutowy postój, załadowałem cytrynówkę po raz drugi, znakomicie rozgrzała, do tego
popiłem redbullem, kupionym jeszcze w Jeżowie, aby wykorzystać „w czarnej godzinie”, a który na mnie najwyraźniej nie działał.
A na pewno nie dodał skrzydeł.

Podejście na Wysoki Kamień jakby nie patrzeć długie i strome nie jest, ale w tych okolicznościach ciągnęło się w nieskończoność.
Siadła psycha, bo kląłem pod nosem na orgów za tak wytyczoną trasę, pojawiły się też pierwsze myśli natury kryminalnej 😉
Po ok. godzinie doczłapaliśmy na przedostatni PK. Ja zaległem na całe 5 minut, bo oczy znowu się zbuntowały.
Delikatnie wzrosło morale, no bo przecież teraz to już tylko w dół…

Po wejściu na asfalt, wpadłem na genialny pomysł, aby go przebiec. W końcu miałem na nogach buty do biegania!
W ten sposób zyskałbym ok. godziny i miał cień szansy na „złamanie” 40 godzin. Odpuściłem jednak w obawie przed kontuzją. Długo plułbym sobie w brodę, gdybym odpadł w tym miejscu z powodu zyskania 60 minut… Tego asfaltu obawiałem się od samego początku, bo było go kilka kilometrów, a wiadomo w jakim stanie są stopy i głowa na tym etapie. O dziwo szło się całkiem dobrze, nawet dokuczliwa senność zniknęła. Powoli zaczynała działać euforia, że jednak się uda dojść.

Na ostatnim PK było zamieszanie, bo jeden z uczestników popędził na oślep w krzaki i było poważne podejrzenie obłędu, szukali go z lornetkami, ale jak się potem okazało, u człowieka wystąpiła bardzo pilna potrzeba fizjologiczna ;]

Zeszliśmy „krajową trójką” w kierunku Leśniczówki. Bardzo dobrze, że szlak teraz tutaj odbija w las, nie trzeba pałować się asfaltem na Babiniec, uciekając przed tirami na pobocze… Na stacji kupiłem jeszcze dodatkowy izo, który był tak zimny, że nie dało się pić i doniosłem go właściwie do mety, a wypijam już w domu.

Od Leśniczówki jest jakieś 4km do zejścia na tor saneczkowy. Koszmarne 4km.
A potem 2km torem saneczkowym na dół do Kamieńczyka. Koszmarne 2km.

Najpierw było podejście, niezbyt strome, ale R. i O. zostali na nim, bo O. zaniemógł. Chciał jeść, spać, nie chciał iść dalej. Tzw. kryzys.
Ja poszedłem dalej, miałem plan poczekać na nich przy zejściu na tor. Naprawdę kiepsko się szło po tych bagiennych nierównościach, ponieważ człowiekowi w takim stanie nie chcę się kombinować, jak tu ominąć błoto do kolan, najchętniej by poszedł przez błoto. Albo nie poszedł wcale.

Doszedłem do toru i czekając wytrzymałem jakieś 5 minut. Czułem, że jak siądę to koniec. R. i O. nie było, więc zacząłem zejście na dół. Praktycznie zbiegłem tym torem, po drodze minąłem z dwie osoby, chciałem mieć ten odcinek jak najszybciej za sobą. Po drodze ktoś zapytał czy można iść skrótem (tym, który na rekonie obczailiśmy z TiN-em, oszczędza się jakieś 500m), ale szybko skarciłem chłopaka i powiedziałem, że skrót jest verboten. Grzecznie zeszliśmy „eskami” do asfaltu, z asfaltu do Kamieńczyka i po pieprzonych kamieńczykowych kamieniach, na dół. Dużo czytałem we wcześniejszych relacjach, jak ten odcinek dawał w kość, ale od Kamieńczyka do mety doszedłem bardzo szybko. Na pewno działała już adrenalina „metowa”.

Na mecie o 12.55, o ile dobrze pamiętam. Uścisk graby, laurka i do widzenia za rok ;]
Rozpadało się 10 minut po moim przyjściu.
M. i D. przyjechali po 15 minutach i zabrali moje truchło do Jeleniej.

Izotonik wciąż był zimny jak Elvis…