Archiwum XXX : Wrzesień 2011

68. Rajd Polski

komentarze 3
Kategoria: Fotografia / Radio Olsztyn

Jedzie człowiek pół Polski, łazi potem po łąkach o świcie, krowie gówna omija, druty pod prądem omija,
rano, mokro, zimno, wieje, pająki, aż tu nagle, pośrodku pola, pośród gęstwiny, STREFA VIP!
Jak ujrzałem, to myślałem, że to punkt kibica i się kawy napiję na koszt Orlenu, ale szybko wyszło na jaw (nie jestem gruby),
że vipem nie jestem, ba, nawet nie znam żadnego vipa. Więc kawę wypiłem dopiero w Rydzewie. Z fusami i widokiem na jezioro.

A z rozmowy z napotkanym fotografem:
„Wiesz czemu jest tylko 40 załóg? Bo wpisowe było bardzo wysokie….”

PS.
D, dobrze, że nie dałaś białego, bo już by nie był biały 😉

Relacja z Przejścia – odcinek pierwszy

komentarze 3
Kategoria: "It's just a ride"

Motto startowe: Co? Ja nie przejdę?

Po co idzie się w Przejściu? Powodów jest pewnie tyle, ilu uczestników.
U mnie wystąpiła mocna potrzeba sprawdzenia „czy dam radę”.

Wcześniej przejście znałem jedynie z relacji osób trzecich. Były to opisy jakiegoś katorżniczego wysiłku i poświęcenia,
na zdrowy rozsądek nie wiadomo właściwie po co, bo przecież nagród nie dają. Sławy też to nie przynosi, ponieważ wybitnie
spektakularne medialnie Przejście nie jest. Się po prostu idzie. I się nie śpi. Naczytałem się, ilu przeszło, ilu nie przeszło, kto gdzie poległ, jakie miał kontuzje i zacząłem się zastanawiać, czy ja byłbym ten co polegnie, czy ten co dojdzie.

Przygotowania do Przejścia zaczęły się ok. pół roku wcześniej, powoli zacząłem trenować dłuższe marsze i kompletować sprzęt
(np. kijki, bez których jak dotąd świetnie się obywałem).
Na ok. dwa miesiące przed startem ostro zanalizowałem „krytyczne” odcinki – Okole, Gapa, Komorzyca i rekonesanse na tych punktach. Nie chciałem odpaść z tak błahego powodu, że nie wiem gdzieś iść…
Do tego konkretna dyskusja na forum odnośnie ekwipunku, strategii i pomysłów.
Okazało się od razu, że ilu uczestników, tyle strategii i każdy ma swoje sprawdzone patenty na to i na tamto.

Na tydzień przed przejściem zapadły dwie kluczowe decyzje:

a) nie biorę śpiwora i karimaty, tylko lekka (130g) alumata – czyli nie będzie komfortowo…
b) idę w butach „biegowych” i tylko w nich, żadnych dodatkowych zapasowych – czyli albo jestem głupi albo nie….

Plecak z całym dobytkiem ważył ok. 6-7kg, z czego sam plecak ważył 1.2kg, 2kg przypadało na wodę i batony.
A pozostałe 4kg, to 8 puszek mocnego piasta 😉

Dzień przed startem miałem pójść bardzo późno spać żeby późno wstać i być o 20:00 w miarę świeżym.
Wyszło jak zawsze, czyli w piątek wstałem o 8. rano, po 8 godzinach snu.
Po prostu nie umiem spać w dzień (co się potem potwierdzi na Różance…)

Od rana lekka „sraczka” przedstartowa, niby nie ma czym się denerwować, ale Reisefieber było wyczuwalne.

M nie zapomniał i tak jak obiecał, zawiózł do Szklarskiej.
Na listę zapisałem się ok 19-tej. Chwilę się pokręciłem w okolicy biura zawodów, zjadłem startowego batona,
potem odprawa, minuta ciszy i OGIEŃ!

Na starcie specjalnie zostałem na końcu żeby nie popaść w „owczy pęd” i nie biec z grupą, wypompowując się na ostrym podejściu, ale potem tego żałowałem. Okazało się, że moje nawet wolne tempo jest w miarę szybkie i do Hali Szrenickiej przebijałem się pośród innych uczestników.

Startowe pogaduchy, żarty i różne podśmiechujki ucichły gdzieś na wysokości Hali Szrenickiej, tam już głównie było sapanie i pierwsze uzupełnianie płynów. Za Szrenicą tętno nieco opadło, wróciły rozmowy i ponieważ pogoda dopisała, widok na Kotlinę Jeleniogórską był rewelacyjny. Do tego rząd kilkuset czołówek na szlaku. Robiło wrażenie.

Było ciepło i nie wiało, idealne warunki do pokonania Karkonoszy. W krótkich butach do biegania miałem obawy, że na kamieniach
w okolicach Szyszaka noga mi się powinie i zakończę imprezę kontuzją po paru km, ale kamień był suchy, a przyczepność prawie jak w toyo r888. Szedłem „swoim tempem” nie robiąc większych postojów, jedynie co jakiś czas krótki postój na picie i batona. W okolicach Słoneczników, była chyba 2-ga nad ranem przyszła lekka senność i wzrok skupiony na świetle z czołówki zaczął gubić ostrość.

Doszedłem do Domu Śląskiego. Kawa, zapiekanka i 30 minut odpoczynku postawiły mnie na nogi. Zaskoczyło mnie ile osób klei i talkuje stopy. Sprawdziłem stan swoich – wszystko suche. Fuck yea! Pokerowe zagranie z przewiewnymi butami procentuje. Na Śnieżkę praktycznie wbiegłem, spojrzałem w przeszłość (niektórzy „dopiero” na Słonecznikach) i od razu z niej zbiegłem, żeby jak najszybciej znaleźć się na Okraju. Zejście ze Skalnego Stołu to chyba najgorszy odcinek na trasie. Wali totalnie po kolanach. Pokonałem go praktycznie na rękach, wisząc na kijach i ściągając jak najwięcej masy z kolan.

Na Okraju ok. 4:30.
Tutaj część uczestników oddawała się pierwszym drzemkom, część zamawiała flaki(!) na śniadanie… Ja wciąż byłem maksymalnie pobudzony (chyba jeszcze adrenalina startowa) więc ruszyłem ostro dalej. Powtórka z Domu Śląskiego – kawa-mega-lura + cola + batony, kwadrans odpoczynku, ponowna analiza podwozia (wciąż sucho) i dalej w trasę. Całe Karkonosze zleciały nie-wiadomo-kiedy, miałem wrażenie, że dojście do Okraju zajęło mi maks. 3-4 godziny, chociaż wyszło prawie 9.

Na Przełęczy Kowarskiej ktoś głośno nalegał żeby iść niebieskim (do Ogorzelca)… i poszedł.

Pod Skalnikiem (45-ty kilometr) wylądowałem ok. 7 i praktycznie bez postoju, poszedłem na Wołek. So far, so good.
Gdzieś między Skalnikiem, a Wołkiem spotykam Cezarego i Romka, twardych zawodników z Opolszczyzny, z którymi pokonam dalszą trasę, aż do końca. No, prawie do końca. Ale o tem – potem…

Break on through, to the other side

komentarze 2
Kategoria: "It's just a ride"

Udało się… w 40 godzin i 55 minut.
56 godzin praktycznie bez s(e)n(s)u (było 25 minut niby-drzemki na betonie w Górzyńcu).
Na mecie prawie się popłakałem z radości, że już nie trzeba iść dalej…

Żadnych odparzeń, odcisków i pęcherzy. Widocznie jeden w nazwisku wystarczy 😉
Kolana też całe, głównie dzięki kijom.
Jak odżyję mentalnie, to na pewno będzie szersza relacja, bo akcja warta opisania.

Wielkie podziękowania dla Cezarego i Romana „spod Opola”, za doborowe towarzystwo od Skalnika,
przednią cytrynówkę i motywatory w stylu „Nie śpimy, idziemy!” i „Mów sobie – jestem twardy!”
oraz dla całej rzeszy ludzi, których dane mi było spotkać, a których imion i numerów nie pamiętam.

Song z dedykacją dla…

Przejście Kotliny

+ Komentarz
Kategoria: "It's just a ride"

Stacja GOPR „Marysieńka” Szklarska Poręba
Hala Szrenicka
Szrenica
Śnieżne Kotły
Śmielec
Śląskie Kamienie
Przełęcz Karkonoska
Słonecznik
Równia pod Śnieżką
Śnieżka
Czarna Kopa
Sowia Przełęcz
Skalny Stół
Przełęcz Okraj
Rozdroże pod Sulicą
Przełęcz Kowarska
Przełęcz pod Bobrzakiem
Skalnik
Przełęcz Rudawska
Wołek
Polana Mniszkowska
Zamek Bolczów
Janowice Wielkie
Różanka
Przełęcz Radomierska
Dudziarz
Leszczyniec
Baraniec
Przełęcz Komarnicka
Przełęcz pod Kobyłą
Przełęcz Widok
Chrośnicka Przełęcz
Okole
Chrośnica
Góra Szybowcowa
Jeżów Sudecki
Góra Gapy
Perła Zachodu
Godzisz
Goduszyn
Wojcieszyce
Zimna Przełęcz
Bobrowe Skały
Górzyniec
Zbójeckie Skały
Zakręt Śmierci
Wysoki Kamień
Kopalnia kwarcu „Stanisław”
Rozdroże pod Cichą Równią
Przełęcz Szklarska
Przedział
Schronisko „Kamieńczyk”
Stacja GOPR „Marysieńka” Szklarska Poręba

Lekka adrenalina przedstartowa – dawno tego nie czułem…
Trzymać kciuki! Wszystkie!

N-gine DMP Karpacz, czyli trzy warki strong w reklamówce

komentarze 3
Kategoria: Fotografia

Po sobotnich treningach miałem lekki „absmak”, bo co chwilę ktoś lądował na dachu i jak tylko znalazłem miejsce dogodne,
to przerwa techniczna… Do tego wszystko się opóźniało i tak stojąc, dopadła mnie niecierpliwość i postanowiłem spasować.

Spasowałem i poszedłem focić Lawiniarzy.  No więc w góry, a tam mgła i piździ, jak to w Polsce we wrześniu…
Lawiniarze okazali się mało spektakularni, bo połowa zatrzymała się w Strzesze na browara, spora część spacerem
schodziła do Samotni, w sumie to ścigało się kilku, a kilku zbiegało, bo wyraźnie nie wiedzieli jak się zatrzymać bez gleby…

W nocy Adamek przegrał…

Kompletnie zdruzgotany psychicznie porażką Adamka, w niedzielę wróciłem na „oglądarę” driftu.
Słońce paliło bezlitośnie, but się przyklejał do asfaltu, a spodzień do dupy… jak to w Polsce we wrześniu…
Chłopaki pojeździli, kibice jak zawsze się na!ebali, orgowie chodzili wku!wieni, bo musieli gonić na!ebanych,
a sami napić się nie mogli, przypadkowi turyści jeszcze bardziej wku!wieni, bo kibice wykupili cały zapas browarów i reklamówek…

A ja pośród tego wszystkiego zrobiłem kilka zdjęć. Oczywiście „zorką numer pięć”…

Szacun dla Piotra Kałużyńskiego za „look&feel”:

PS.
Aha, jakby ktoś nie skumał interfejsu na mojej stronie – galeria zdjęć jest w menu po prawej ;)